Nie minęło wiele czasu, żebyśmy zmuszeni wyrzutami sumienia i współczuciem Carlisle'a nie donieśli cielska do domu. Wilk jeszcze żył, choć w pamięci zupełnie zatarły mi się wspomnienia odnośnie imponujących rozmiarów zmiennokształtnych. Co prawda nie byli prawdziwymi wilkołakami, ale wciąż pałali do nas wrogością. Najchętniej z Emmetem zgubilibyśmy go w rwącym nurcie rzeki, ale po stronie rozsądku nie mogliśmy przecież zostawić go na widok potencjalnego leśnika. Woleliśmy nie myśleć, jaki chaos ogarnąłby lokalne wiadomości i pobliskie miasta w pobliżu naszego łańcucha górskiego.
Emmet marszczył nos, jakby wdychał morze fekaliów zmieszanych z czosnkiem. Smród wilka wyciskał łzy z oczu, ale miał w sobie jakąś suchawą nutę woni szyszek i próchnicy ziemnej. Sam jedną ręką byłem zmuszony zatkać nos, choć istota wciąż nie przestawała mnie imponować. Mnie przypadło nieść jego zad na ramionach, Emmet zawiązał mu pysk rzemieniami z kory drzewnej i asekuracyjnie sam zakleszczył na nim ręce. Miał większe szanse skręcić mu od razu kark, gdy wciąż nie wychodziłem ze zdziwienia, jakim cudem nie słyszałem myśli basiora.
Carlisle szedł tuż obok, badając anatomię wilka. Nie dziwił mnie fakt, że przez jego myśli przepływało zdumienie i naukowa zapalczywość. Wpatrywał się złotymi oczami na rozpiętość mocnych żeber i umięśniony kark oraz uda. Bał się, wewnątrz niego zaigrała jakaś bojaźliwość na myśl o tym, co zmiennokształtny byłby w stanie zrobić, gdyby nie był ówcześnie przez coś zraniony.
Problemem była właśnie jego rana. Popadł w zupełny amok, być może ślepy i otępiający instynkt odebrał mu kompletnie tok myślenia. Rzucił się w bieg i pędził prosto przed siebie. Nie wiedzieliśmy czy za sprawą przerażenia czy walki. Jednak nasz zapach mógł go momentalnie zatrzymać tuż u brzegu rzeki, ale tego nie zrobił. Był gotów skoczyć i biec dalej. Zdaniem Carlisle'a nie możemy podejrzewać stada o naruszanie naszego terenu z premedytacją. Jedynie ten basior czymś kierowany, jakimś zupełnie dzikim zaślepieniem, był w stanie przekroczyć granicę. I chyba jego świadomość nie zważała albo wcale nie wpadła na to, jakie czekają tego efekty.
Teraz spał czy też był nieprzytomny, pozornie bezbronny, ale był jak uśpiona bomba zegarowa. Emmet nie tracił na czujności, podzielił skupienie na drodze, dźwiękach i sile w ramionach, by w nieprzewidywalnej chwili zostać naszą tarczą. Carl obawiał się jego zbudzenia. Minęły lata, a w naszej pamięci aż tak dobry obraz tych wilków nie został niezmieniony przez wyobraźnię. Praktycznie w mojej całkowicie wyblakły, były jak plamy brązowej akwareli na wodnej tkaninie. Kojarzyłem tylko fakty, że miałem doświadczenia z wilkami dekady, wieki temu, jak i reszta rodziny; doszło do zawiązania porozumienia i od tej chwili nie musieliśmy o sobie pamiętać. Żyliśmy w spokoju.
Żaden z nas nie pozostał na straży przy granicy. Nie byliśmy w stanie, wszyscy musieliśmy ubezpieczać się wzajemnie przed zwierzęciem.
Doszliśmy pod mury domu i raptem od frontu wystrzeliła Alice. Jej ciało zastygło we wrogiej pozycji, zdziczałe oczy i rozchodzący się po myślach echem szok zdradzał jej emocje, nie dowierzała rozmiarom basiora.
– Alice, spokojnie. – szepnął Carlisle, wyciągając ku niej rękę w geście porozumienia. Z jej oczu nadal biła dzikość, determinacja, ale i zimny strach. Chciałem podesłać jej myśl obrazu sytuacji, ale ta niemożność była aż beznadziejna. Przez wilka traciła swój dar, do którego była przyzwyczajona od lat. Czuła się, jakby intruz wtargnął w jej codzienność i odebrał jej jedno oko bez żadnego uprzedzenia. Czułem się z nią zlany mentalnością, sama mogła okazać się nieprzewidywalna, nie zdając sobie z tego sprawy. Dyszała na ugiętych nogach, obnażając kły. Emmeta rozdzierała teraz myśl, czy mógłby ją powstrzymać, gdyby popędziła w naszą stronę.
Podrzuciłem na ramieniu łapy wilka i wyciągnąłem ku niej rękę.
Dostrzegła gest. Spojrzała na mnie, wstrzymała oddech. Odczekała chwilę dla upewnienia i wbiegła z powrotem do domu, nie zatrzaskując za sobą drzwi. Czułem jak kamień spada wszystkim z serca, że udało się z nią w końcu porozumieć.
Carlisle posłał mi łagodny uśmiech, unosząc przy tym brwi, jakby za coś przepraszał.
Wspięliśmy się pod górę i z trudem przecisnęliśmy się z cielskiem wilka przed futrynę. Na szczęście futro tylko pozorowało jego wymiary. Osobiście czułem się jak na szpilkach, w każdej chwili mógł się zbudzić. Co prawda, grzmotnąłem go w czaszkę z całej siły, ale nie poczułem wtedy żadnego złamania.
Esme zawirowała w salonie jak wiatr, wymachując niepewnie rękoma w powietrzu. Ufała mężowi, oczywiście, ale co to bydle robiło w ich domu? Czuła, że nie jest martwy, spod warstwy brunatnego futra i mięśni wciąż było słychać szybką pracę serca. Choć tyle pamiętałem, że mają znacznie szybsze tętno niż ludzie, nawet jeśli są w uśpieniu czy odprężeniu.
Chciałem aby ogarnął ją spokój, gdy u jej boku pojawił się Jasper i położył dłoń na jej ramieniu. Były konfederat był znacznie bardziej opanowany, prawdziwy zimny żołnierz. Nic z wybryków tego świata nie zmiotłoby obojętności z jego twarzy. Może dlatego ma właśnie taki dar.
Nie musiałem pytać brata, dokąd pobiegła Alice. Zatrzasnęła się w swoim pokoju, miotana obrzydzeniem i lękliwością wobec wilka. Jazz spojrzał mi w oczy, przekazując swoją obawę o partnerkę. Tak stary, w środku masz gołębie serce. Posłałem mu spokojne emocje, aby osobiście udzielił sobie opanowania i nie trapił się pesymizmem.
Esme w jego towarzystwie stała się spokojniejsza, aż niemalże rozleniwiona. Oby nie przesadził z kontrolą, ale oczy matki wciąż miały w sobie jakiś żywotny ogień. W końcu w jej domu wciąż był wróg.
Ze wstrętem pomyśleć, że pacjent.
– Zobaczę, co z tą jego raną. Wygląda na dosyć rozległą, stawiam na obrażenia podczas walki. – Mruknął na głos Carlisle, kucając z sylikonowymi rękawiczkami przed wilkiem. Siłą rzeczy samiec wylądował na kanapie, Carl uważał, że póki nie przejawia złych zamiarów, facet uwięziony w tym ciele ma prawo jako gość zbudzić się na miękkim miejscu.
Mnie i chłopakom było wszystko jedno, chociaż chętniej oglądalibyśmy go z wywalonym jęzorem na ziemi. Ale żaden się nie odezwał, przemawiała przez nas zwykła złośliwość wobec plemienia.